A New Age „Rainbow Gathering” in Bosnia in 2007. Zdjęcie z ang. Wikipedii, fragment.

Z jednej strony, wszyscy jesteśmy z New Age – mówię o mojej bańce, o znajomych, przyjaciołach, rodzinie. (Tak, rodzinie.) Z drugiej strony ten termin New Age nieustannie mnie (i nas) złości, protest budzi i nie można go wypowiedzieć inaczej niż biorąc w cudzysłów lub dystansując się odeń frazą „tak zwany”. Bo wiadomo, że to, co pod tą nazwą się rozumie, ani nie było nowe, ani nie stanowiło epoki, czyli nie było takiego odcinka czasu w którym treści NA byłyby dominujące w pewnej ważnej części świata, czy byłyby tam na pierwszym planie. Więc ani (to nie było) new, ani age, a jeśli połączyć tamte dwa słowa w jedną znaczeniową całość, New-Age, to irytuje jej deklaratywny mesjanizm, a nawet apokaliptyzm, że oto za chwilę coś się zacznie – takiego, że wszyscy na kolana lub na twarze padną, objawienie, apocalypsis, totalna przemiana. Jak wiemy nic takiego za życia New Age nie wydarzyło się, sylwester 2012 roku nie przyniósł żadnego końca kalendarza Majów, a twarde realia czyli ekonomia, polityka i ekologia (lub raczej ludzka anty-ekologia czyli niszczenie świata) szły swoją koleją, deklaracjami o Ejdżu Wodnika ani innych ejdżach nie przejmując się. Właściwie to spokojnie można nie przejmować się tą NA, uznać, że to była lub jest mało istotna nisza jakich wiele, i nie kochając jej – jak radził stary Nietzsche – starannie i po prostu ominąć.[1]

Taraka była niuejdżowa, oczywiście na swój sposób, ale w jednym z ostatnich tekstów Taraki Mirosław Piróg przedstawił błyskotliwą krytykę tego nurtu – z którą trudno się nie zgodzić.

Czy coś z New Age jest do uratowania i do przetrwania, czy jest tam coś, co można bez zażenowania podtrzymywać? Uważam, że tak, ale żeby do tego dojść, trzeba lepiej przyjrzeć się zjawisku, do tego zaś trzeba wypreparować jego twarde jądro (lub kilka), a niekonieczne peryferie pominąć.

Twardym jądrem New Age były superpowers. Tzn. fascynacja superpowers, następnie wiara, że faktycznie istnieją – nie zaś że należą do legend etnicznych lub miejskich, lub do literackich zmyśleń-fikcji – oraz (ten trzeci punkt jest konieczny) że można je osiągnąć jeśli zna się odpowiednie ćwiczenia. Ćwiczenia mające za cel uzyskanie superpowers przyjęło się nazywać rozwojem duchowym. Ta trójca przeświadczeń – (1) „nie ma ważniejszej sprawy nad superpowers!”, (2) „superpowers istnieją i są realni ludzie, którzy je posiadają!”, (3) „superpowers można uzyskać przez odpowiednie ćwiczenia, przez zręczne sposoby!” – stanowi twarde jądro New Age. Zapewne jest to jedno z kilku owych twardych jąder i jako takiego nie należy zrównywać z całym New-Age'em, zatem warto ten zestaw przeświadczeń wydzielić, wyodrębnić nadając mu specjalna nazwę. Narzuca się nazwa superpoweryzm, czytaj superpałeryzm. (Tu dodam oczywisty monit, że ang. superpower w odpowiednich kontekstach znaczy(ło) też: supermocarstwo, w domyśle ZSRR lub USA; pojęcie to zdezaktualizowało się w 1991 r.)

W 1990 roku – ważna data, ponieważ wtedy stare tamy rwał nurt nowinek płynący ze świeżo otwartego Zachodu – wydano u nas małą książeczkę pt. „Ukryty władca”. Oryginalnie było „Superself. The hidden powers within ourselves”, London 1989. Nawiasem: zdumiewająca szybkość reedycji polskiej, gdy na przekłady klasyki czekało się po 20, 30 lub więcej lat. Polski tytuł wziął się zapewne stąd, że ktoś, za czyje pieniądze produkowano te książkę, nie zrozumiał ani nie przeczytał do końca tytułu angielskiego i kazał dać na okładkę to, co zobaczył źle we fragmencie: „...hidden power...”. Mimo tego dziwacznego defektu książka jest cenna i od 30 lat trzymam ją tak, żeby ręka wyciągnięta ku półkom z książkami trafiała na właściwe miejsce. Napisał ja Ian Wilson , brytyjski autor, który także pisał i występował w TV o Całunie Turyńskim, o życiu Jezusa i życiu po śmierci. Tamtych jego książek prócz omawianej nie czytałem, a nieksiążkowych przekazów nie znam.

Wilson przedstawia zjawiska, w których ujawnia się działanie owego superself (nadjaźni) produkującego superpowers (nie-zwyczajne zdolności):
– Automatyczna bądź objawieniowa twórczość, w której obszerne dzieła literackie lub inne zjawiają się w umyśle twórców w gotowej pełnej postaci tak, że pozostaje im je „odczytać” i zapisać. Tak Samuel Taylor Coleridge dostał w przekazie poemat „Kubla Chan”, z którego zapisał mały początek, bo za chwilę mu przeszkodzono. Wilson podaje przykłady innych autorów, którzy nie wymyślali przygód swoich bohaterów, tylko byli przez swoich wymyśleńców przymuszani do spisywania tego, co tamci im „opowiadali”. Od siebie dodam rzecz ogólnie znaną, że istnieją dzieła, kultowe w pewnych kręgach, które zostały „odczytane z przekazu” – channelled – a przynajmniej tak jest o tych dziełach powiadane, „Kurs Cudów” przykładem.

– Niezwykła sprawność fizyczna uzyskiwana w stanach transowych; Wilson wymienia tu przykłady sportowców oraz tradycyjnego japońskiego łucznictwa, ale także taneczne wyczyny Wacława Niżyńskiego.

– Pamiętanie wszystkiego: autor cytuje m.in. psychologa Aleksandra Łuriję badającego Sołomona Szerieszewskiego, który jako dziennikarz nie robił żadnych notatek, a z pamięci odtwarzał i to po długim czasie podawane mu przez Łuriję ciągi przypadkowych słów. Taki przykładów jest więcej, odsyłam do książki; zapewne też istnieją nowsze badania nad nieograniczonym super-zapamiętywaniem.

Nadludzcy rachmistrze.

– Niewidomi, którzy „widzą” mimo braku wzroku. Tu autor cytuje przypadek genialnej i sławnej Helen Keller.

– Świadomie kierowana odporność na ból.

– Psychiczne zmiany ciała. Szczególnym, lecz chyba nie najważniejszym przypadkiem są stygmaty.

– Uzdrowienia i samo-uzdrowienia.

– Różdżkarstwo będące szczególnym przypadkiem pozazmysłowego postrzegania.

– Przenikanie się osobowości, kiedy ktoś jest jednocześnie sobą i kimś drugim, i ma dostęp do przeżyć drugiej osoby. Do tej grupy wg autora należy telepatia i wgląd w pamięć osób, które żyły dawniej, zwykle utożsamiany z pamiętaniem przeszłych wcieleń.

– „Przebijanie” się do kontaktu ze światem osób w paraliżu lub w śpiączce.

Pewnych superpowers Wilson nie wymienia, chociaż są znane i cenione: widzenie przyszłości, kontakt ze zdalnymi (rzekomymi?) inteligencjami nazywany channellingiem, także inny channelling: od osób zmarłych, dawniej zwany nekromancją; o takim przypadku napisał w komentarzu w Tarace autor podpisany Michalmajcherek84: „przez ponad 30 lat w Nowej Hucie O. Pio wchodził w ciało Pani Krystyny i doradzał ludziom ... początek miał miejsce jeszcze za jego życia”. Raymond Moody opracował i praktykował metodę reunions czyli kontaktów ze zmarłymi, w których tamci przybywają w formie niemal cielesnej; o tym jest jego książka, po polsku wydana pod tytułem „Odwiedziny z zaświatów”.

Czy superpowers można się nauczyć, wyćwiczyć się w nich? Ian Wilson sugeruje że tak, i że kluczem do uzyskania nadzwyczajnych zdolności (czyli do uruchomienia w sobie superjaźni) jest wizualizacja.

Na moich ostatnich (jak dotąd) warsztatach w 2015 r. czytałem fragmenty książki Wilsona. Czytałem też opowiadanie Jorge Luisa Borgesa pt. „Pismo Boga” z tomu „Alef”. Ma formę wspomnień indiańskiego kapłana, którego Hiszpanie uwięzili w pomieszczeniu, którego drugą połowę zajmuje jaguar. Raz na dobę obaj – Indianin i zwierz – są karmieni przez otwór w szczycie kamiennej kopuły i wtedy Tzinacán przez parę minut w świetle dnia widzi jaguara. Przypomina sobie dawny przekaz, że Bóg stwarzając świat pozostawił w nim zapis zaklęcia, które u końca świata, kiedy wszystko będzie wydawało się stracone, da temu, kto je odczyta, superpower – moc równą boskiej. Kapłan przez wiele lat odczytuje boskie słowa zapisane w plamach na sierści jaguara. Uzyskawszy supermoc, nie używa jej. Dlaczego? – „bowiem znikł już z mojej pamięci Tzinacán”. Wnikając w boski przekaz, stary kapłan uwalnia się od ego, więc nie będzie dalej działać w imię jego zechceń. „Z tych oto powodów pozwalam dniom zapomnieć o mnie, spoczywającym w ciemnościach.” – Kończy Borges, sam niewidomy lub tracący wzrok, tę opowieść.[2]

Ja sam na ścieżkę New Age – jeśli to tak hałaśliwie nazwać; sama tamta nazwa wtedy u nas nie była znana i długo miała nie być – wszedłem jakoś na początku roku 1982: podczas stanu wojennego, kiedy poznałem Leona Zawadzkiego.[3] Tamta konwersja spełniała wszystkie trzy punkty superpoweryzmu New Age: Zawadzki przelał mi swoje przekonanie, że nadzwyczajne moce realnie istnieją, że to nie bajka, że istnieją ludzie, którzy te moce posiedli (punkt #2), jest droga do tych mocy i jest nią joga (punkt #3). Dostępna dla wszystkich, ale bardzo niewielu faktycznie na nią wchodzi. (Joga wg LZ była inną jogą niż ta np. wg Iyengara, którą dotąd dość nieregularnie ćwiczę.) Plus punkt pierwszy superpoweryzmu: że te sprawy są absolutnie najważniejsze (#1). Oczywiście superpowers wg Zawadzkiego były inne niż te wg Wilsona, ale jeszcze może przyjdzie czas na szczegóły.

Później zmieniałem mistrzów i ścieżki. Byłem w sandze Karma Kagyu. Brałem udział w warsztatach Davida Thomsona. I Victora Sancheza. Prowadziłem własne warsztaty podobne do tamtych. Brałem udział w medytacjach według Toni Packer, które figlarnie nazywam Zen-bez-Zen. Inne rzeczy też robiłem. W dużym stopniu tamta nadzwyczajność z 1992 roku przeewoluowała w zwyczajność.

Superpoweryzm Zawadzkiego i innych ówczesnych joginów lub tak siebie nazywających, był indio-centryczny: to z Indii miał przychodzić Przekaz (dobra nowina), w Indiach mieli żyć i głosić mistrzowie, Indie należało naśladować. W jodze superpowers nazywają się siddhi. Przychodzą jako skutek wytrwałych praktyk. Praktykowanie różnych cnót skutkuje odpowiednimi siddhi. Praktykowanie cnoty niezabijania (ahimsy) skutkuje tym, że nie boją się ciebie zwierzęta i nie zrobią ci krzywdy: ani nosorożec ani kobra. Praktykowanie cnoty niekłamania skutkuje tym, że twoje słowa (joginie) są skuteczne: co powiesz, to się stanie. Tak pisze Patańdżali w Jogasutrach. W 1982 roku wszelkie siddhi wydawały się bardzo potrzebne. Być może takimi są nadal.

Superpoweryzm Karma Kagyu był tybeto-centryczny: Przekazy, mistrzowie i wzory do naśladowania miały przychodzić z Tybetu, od tamtej buddyjskiej wadżrajanicznej tradycji. Siddhi – tak – opowieści o mocach oświeconych lamów były i pewnie są nadal niezbywalną częścią buddyjskiego dyskursu. Może gdzie indziej o tym więcej napiszę.

Superpoweryzm indiańsko-szamański był indiano-centryczny. Indianie czyli Rdzenni Amerykanie, Native Americans, stali się przedmiotem rewerencji dla ich Białych followers właśnie dlatego, że odkryto, że mają wśród siebie Ludzi Mocy, nazywanych też medicine men (i women) lub z syberyjska za Eliadem szamanami. Są wśród nich posiadacze superpowers, do tego wcale nie robiący ze swoich abilities tajemnicy i chętni dzielić się nimi z Białymi. Dodam: chętni do czasu, bo około roku 1993 to się odwróciło i wśród Indian, zwłaszcza tych najświętszych z nich Lakotów, zaczęła brać górę frakcja utrzymująca, że Biali tak jak kiedyś ukradli Indianom ziemię, tak teraz przychodzą kraść im ich święte ceremonie, więc z tym swobodnym propagowaniem sweatlodży, vision questów i fajek – kończymy. Indianie zaczęli stawać się zazdrośnie ekskluzywni; przypuszczam, że pod wpływem i na wzór chrześcijańskich sektystów.

Podkreślę, że Indianie stali się przedmiotem kultu właśnie dlatego, że zaczęto w nich widzieć posiadaczy superpowers. Innych tubylczych ludów w tej roli raczej nie umieszczono. Nie wystarczy być dziwną mniejszością. Pod tym kątem warto by przyjrzeć się stosunkowi inteligencji w Europie do własnych „Indian” czyli Cyganów-Romów.

Neoszamanizm (pisał o tym Robert J. Wallis) przynieśli trzej wehikułowie: Eliade, Castaneda i Harner. Eliade wykonał pierwszy krok: szamanów ludów pierwotnych przedstawił jako posiadaczy niezwykłych mocy, wartych podziwu i uznania, a nie tylko etnograficznego odnotowania. Castaneda ukonkretnił przekaz tamtego: oto już on sam, Biały Amerykanin, pobiera nauki u szamana Don Juana Matusa, który wcale nie „za górami lasami dawno i nieprawda”, tylko po sąsiedzku na pustyni stanu Sonora, Meksyk, przez granicę z Arizoną. Moce Juana Matusa też są przedstawione tam jak na dłoni. Michael Harner zrobił trzeci krok: dał konkretne sposoby, metody i ćwiczenia, jak stać się szamanem. Już nie musisz szukać enigmatycznych brujos w buszu. Wystarczy zapisać się na weekendowy lub tygodniowy warsztat z bębnem.

Przy łatwości neoszamańskich post-harnerowskich praktyk, właściwie zabaw, powstaje pytanie, jak obronić ten nurt przed rozpadem w banał. Ten niepokój wyczuwamy w tle felietonu Mirosława Piróga „O mentalności New Age”.

W każdym z wariantów superpoweryzmu: indyjsko-jogicznym, tybetańsko-buddyjskim, indiańsko-szamańskim i w innych, droga do mocy idzie przez umysł, przez mind control, kierowanie umysłem, jak by to się najzgrabniej przetłumaczyło. Droga idzie przez umysł, ale nie przez jego zwyczajną dobrze znaną przytomność i dobrze znane umiejętności: mówienia, rachowania, nawiązywania i podtrzymywania kontaktów i wszystkiego tego, czego nauczono cię w domu i w szkole, tylko przez stany nie-zwykłej świadomości. Przez trans, przez OOBE (doświadczenia pozacielesne) i czasem przez NDE (doświadczenia przyśmiertne; termin ukuty przez wspomnianego R. Moody'ego). Niezwykłe stany świadomości dostaje się przez różne praktyki nieinwazyjne, jak słuchanie bębna (wg Harnera) lub chód transowy (wg Sancheza), ale od razu kusi pójść na całość z użyciem psychodelików. W tym miejscu temat rozszczepia się i od zasadniczego nurtu odrywa się psychodeliczna gałąź pracy z umysłem bądź duchowego rozwoju. Zapewne w innym ujęciu właśnie OSŚ (odmienne stany świadomości) i przychodzące z nimi doświadczenia byłyby tym, co kluczowe, wcale nie superpowers.

Dzianie się – making – robienie New Age'u wpisuje się z jakimś przybliżeniem w okres lat 1982-2019, czyli – co pewnie już każdy znający astrologię zauważa – w trwający przez te lata obrót cyklu Saturna i Plutona, od tamtej koniunkcji obu planet, podczas której umarł Breżniew, a Reagan jął straszyć Sowiety gwiezdnymi wojnami, do następnej, przy której zaczęła się pandemia koronowirusówki. Była to (bo już się skończyła) epoka tryumfów neoliberalizmu i sprzężonego z nim rywalizacyjnego indywidualizmu silniejszych i bardziej sprawnych. Ta zbieżność nie jest przypadkowa, bo oba te podejścia – tak New Age, jak neoliberalizm – za swój pień mają starania o uzyskanie indywidualnej sprawności. Oba są bojem o maksymalizację jednostkowej zdolności osiągania celów. Na moście łączącym jedno z drugim stanęli coache.

Czy praktyki na ścieżkach, które wyliczyłem, faktycznie dawały w wyniku uzyskanie jakichś superpowers? Raczej nie. Czy więc były tylko hodowaniem złudzeń?, gonieniem króliczka? Myślę, że trzeba inaczej na to patrzeć. Tamte ścieżki i praktyki stwarzały kontekst, w którym wydarzały się inne rzeczy, których bez tego by raczej nie było. Ale to już temat dla osobnej inspekcji.

Czy astrologia, którą od lat się zajmuję, należy do superpowers lub ich wymaga? – Nie uważam tak. Wymaga zdolności i umiejętności całkiem cywilnych i zwyczajnych, i pod tym względem praca astrologa nie różni się od pracy psychologów lub analityków politycznych czy gospodarczych; nie ma w niej cudów, jest analiza danych.

Przypisy

[1] „[W]o man nicht mehr lieben kann, da soll man – vorübergehn!” Also sprach Zarathustra, Vom Vorübergehen, s. 197, Alfred Kröner Verlag, Leipzig1930

[2] Jorge Luis Borges, Alef. Pismo Boga, s. 131-139. Przełożyła Zofia Chądzyńska. Wyd. Czytelnik, Warszawa 1972. Oryginał 1952.

[3] Leon Zawadzki urodził się 10 sierpnia 1938 12:55 w Oświęcimiu, zmarł w Bielsku-Białej 31 sierpnia 2018 „nad ranem”. Istnieje witryna jego fundacji i profil na FB, które jednak niewiele zawierają informacji o nim.